Polecane Strony:

psychotechnikapoznan.pl - badania na broń Poznań
esej24.pl - Tłumaczenia ustne Warszawa
multiprodukt.pl - wakol
gtk-adwokaci.pl - sprawy sądowe Poznań
multiprodukt.pl - plastivan
Zapraszamy.
A A A

PAMIĘTNIKI Z SYBIRU - cz. V

 

 

 


PAMIĘTNIKI Z SYBIRU

spisane przez

Wincentego Migurskiego.

 

Z pierwszego na drugi czerwca, o godzinie dwunastej w nocy, deszcz lał jak z cebra, ciemność była tak wielka, że o parę kroków nie można było najmniejszego rozpoznać przedmiotu, całe miasto było w uśpieniu, i nigdzie małego nawet światełka nie widać było. Dwie kobiety wyszły z pewnego domu tajemnie i z największą ostrożnością idąc ulicą, co kilka kroków się zatrzymywały, i nadsłuchując pilnie, czy ktokolwiek za niemi nie idzie, lub ich nie widzi. Jedna z nich była dość słusznego wzrostu, druga zbyt mała. Obiedwie niosły pod pachą motykę i rydel, i zmierzały prosto ku cmentarzowi. Tam przyszedłszy, długo brodziły po błocie, i starannie czegoś upatrując, szukały. Pierwsza nareszcie małego wzrostu, spostrzegła go, i nie mówiąc ani jednego słowa, drugiej go pokazała.
Znakiem tym była żerdź, tylko co wczoraj w dzień tu wetknięta. Na jej widok kobieta wyższego wzrostu, długiem poszukiwaniem zniecierpliwiona, jak hijena rzuca się, i staje przed nim. Obiedwie ze znalezienia uradowane, obmacały rękoma to miejsce, i starannie ale z największą cichością rozkopywać je zaczęły. Zajęte tą pracą, nie zauważały, że ktoś nierównym krokiem zbliża się do nich, ale jak tylko stąpanie to usłyszały, nie mówiąc ani słowa do siebie, w błocie się położyły. Tak przysłuchując się, w okropnym były przestrachu, albowiem kroki widocznie coraz się więcej do nich zbliżały. Wyższa z kobiet nie dopuszczając ich bliżej, porywa od swej towarzyszki motykę, i trzymając ją w jednej a rydel w drugiej ręce, tygrysim skokiem rzuca się, i jak straszydło ogrodowe z rozciągnionemi rękami staje przed nim, i zarzącemi iskrami z ust swoich go obsypuje. Jednocześnie druga wywijając żerdzią w powietrzu, z grobu na grób w powietrzu jak koza przeskakuje. Przestraszony pijany sołdat wytrzeźwia się w jednej chwili, i dobywszy reszty życia z swych piersi, ryknął przeraźliwym głosem i uciekł w przeciwną stronę.
Takim sposobem oswobodzone obiedwie kobiety wróciły do swojej pracy, i wktótce trumienkę z grobu dostały, zarzuciwszy dół dobytą ziemią, wracały, błogosławiąc niebu, że deszcz ulewny rozmoczy wszystko, i ślady zatrze. Tak powracając z tąż samą ostrożnością, szczęśliwie do domu przyszły.
W kuchni jak zabici spali Lewiński i Gawryło, Albina zaś usłyszawszy znak umówiony, sama nam furtkę otworzyła.
— A co? znalazłeś? — było pierwsze pytanie mej żony, i gdy zaspokajającą otrzymała odpowiedź, prosiła, abym jej dziecię, pokazał. Lecz ja delikatnie ją od siebie odsunąwszy, oddałem trupa Magdusi, a sam ująwszy ją pod rękę, wszedłem z nią do pokoju. Niebawem zdjąłem z siebie suknie kobiece, i z Magdusią, w suche już suknie przebraną, napiłem się gorącej herbaty.
Zostawszy nareszcie sami, mieliśmy z Albina wiele o tym wypadku do pomówienia.
Nazajutrz Marja z przestrachem opowiadała nam, że znaleziono na ulicy pod miastem na pół żywego sołdata, którego gdy przywrócono do zmysłów, z przerażeniem opowiadał, że na cmentarzu w nocy widział niezliczone pułki upiorów, wilkołaków, trupów ognistemi, iskrami na niego dmących, jak równie i to, że słyszał okropne jęki dusz rozlicznych, które djabli z ogromnemi łopatami w kotle mieszali.
Wytłomaczyłem Marji, że to ja byłem z Magdusią, a iskry pochodziły z cygara, które paląc, umyślnie na niego sypałem. Objaśnienie to tylko co nas nie zgubiło, poczciwa bowiem nasza Uralka, zbijając twierdzenia innych, a popierając swe zdanie o zjawisku na cmentarzu, chcąc się przy swojem zdaniu utrzymać, tylko co w zapale uniesienia nie wydała sekretu.
Jakkolwiek znajomość Albiny z Uralcami była ograniczoną, należało się jednak spodziewać, ze kilkanaście osób, licząc w to i naszych rodaków, zbierze się na pożegnanie. Marja nieznacznie zawiadomiła wszystkich, że Albina trzeciego czerwca, o godzinie trzeciej zrana wyjedzie, kto więc sobie życzy z nią się pożegnać, niech w wigilją przyjedzie, ona bowiem dla słabości zdrowia u nikogo nie będzie; rzeczywiście zaś, sama robiąc pożegnalne wizyty, bała się mię samego zostawić, przytomność bowiem jej umysłu, której już nieraz dała dowody, była rękojmią mojego bezpieczeństwa, a jej spokojności.
Trzeba wam teraz dać choć wyobrażenie o sposobie i środkach, jakie użyte zostały, aby mi wraz z żoną można było wyjechać.
Kocz wiedeński, którym tu Albina przyjechała, było to jakieś dotąd tu w Uralsku niewidziane zjawisko. Zwrócił on na siebie całego miasta uwagę, i wiele osób nabyć go chciało. Że zaś w liczbie tych była i matka naszej kochanej Marji, przeto tembardziej zostawiłem jej pierwszeństwo, że ona miała tarantas (6) moim widokom odpowiedni. W przeszłym więc jeszcze roku, przy zrobieniu planu do ucieczki, narzekałem, że nam pieniędzy z domu nie nadsyłają i aby to zrobić głośniejszem, umyślnie mój zegarek kieszonkowy zastawiłem, płacąc prócz tego procentu po pięć rubli na miesiąc, dla uniknienia zaś długiego ich opłacania, byłem niby zmuszony sprzedać pojazd matce Marji, wziąć od niej tarantas i w przydatku jeszcze 1500 rubli asygnacjami.
Wieczorem, drugiego czerwca, w wigilją naszego wyjazdu, upakowano tłumoki, obwinięto wojłokami dwie skrzyneczki z nieżywemi naszemi dziećmi, i te w

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 46 Następna »